Loading the player ...

Les Rouquins

5 sty

A: Znaleźć wejście, nie jest łatwo. Zabielone farbą duże okno i drzwi nie wskazują, że w środku małej sali, pomiędzy stolikami przechadza się wąsacz-właściciel, proponując gościom kolejne przekąski i wino. Atmosfera przy stołach jest iście rodzinna. Dwie grupy przyjaciół świętują przy skrajnych miejscach stołu. Zagaduje do mnie stary Francuz proponując kawałek domowego ciasta. Uśmiecham się miło, ale odmawiam.  Zacząć od deseru … nie bardzo. Po prostym wnętrzu zakończonym surowym barem spodziewałabym się poczuć smak pasztetu lub szynki Bellota. Syn właściciela poleca jednak ryby: tuńczyk i łosoś serwowany z małymi blinami, śmietaną i ogórkiem. Wyjątkowo pyszne! Potem zamawiamy butelkę czerwonego wina i do niego pasztet i wędliny.

Zastanawiałam się, czy wąsy właściciela są po to, żeby miejsce nabrało dodatkowego charakteru, ale myślę jednak, że w sposób zupełnie naturalny pojawiły się pod jego nosem. Bez sztucznej kokieterii podkreślają tylko naturalność małego bistro. Wypijamy butelkę wina. Zostajemy przy stole sami. Kończymy. Do środka wchodzi, nowy gość. Znajomy. Właściciel macha do niego przez całą salę. Całuje go dwa razy w policzek, łaskocząc przy tym pewnie swoimi wąsami.

Adres:

146 rue Château,

75014 Paris

Smaczna niedziela na Koszykach

4 lis

A: Z tygodniowym opóźnieniem…, ale na szczęście rzeczy przyjemne pamięta się długo. Niedzielne brunche nie są pewnie nowością. W zależności od grubości portfela oraz stylu jaki jest nam bliższy, można niedziele spędzić jedząc przy wykrochmalonym obrusie restauracji hotelowej lub tak jak ostatnio, między brzozami z widokiem na kamienice zaglądające przez przezroczystą ścianę namiotu.

Po raz drugi na Koszykach można było zacnie zjeść. Pain perdu, smażone pomidory, twarożek ze szczypiorkiem, pasta z makreli, konfitury i grzanki z czekoladą i solą Maldon. Trzeba przyznać, że za 25zl była to uczta przez duże „K”. Zmiana czasu tego dnia sprawiła, że pojawiałam sie jako jedna z pierwszych. Miałam okazje spróbować wszystkiego, zanim wyspani inni zaczęli burzyć spokój na półmiskach.

Zrobiłam kilka zdjęć, twaróg ze szczypiorkiem zagryzłam świeżą sałatą i poczułam się najzdrowsza na świecie. Cudownie z pełnym brzuchem było spacerować po Powiślu. Lekko, słonecznie i nareszcie wolniejszym krokiem niż w ciągu tygodnia. Wróciłyśmy po spacerze jeszcze żeby zjeść jajecznicę. Taka prosta, na maśle w niedziele o 13:00 smakuje na Koszykach bardzo smacznie.

Adres:

Koszyki Bar-Bazar

ul.Koszykowa 63

Kaskrut

9 sie

A: Na Poznańskiej zrobiło się francusko i to francusko z prawdziwego zdarzenia. Małą, niepozorną przestrzeń po „chińczyku” dwóch gości, wyglądających trochę jak Flip i Flap, zamieniło w doskonałe francuskie bistro.

Otwarta kuchnia błyszcząca od „nierdzewki” mieści krzątających się w popłochu pomocników kucharza. Cienkie plastry białej rzepy idą w parze z kawiorem z palonego bakłażana, obok gazpacho z arbuza. Do tego risotto z bobem i ogon wołowy. Wszystko pięknie zaprezentowane i podane w słusznym tempie.

Na deser mus z białej czekolady z ogórkiem i karmelizowane brzoskwinie pod sorbetem z selera.

Smaki niczym nie oszukane, prawdziwe i jędrne. Co chwile ktoś wchodzi i spogląda w górę nad kuchnie, nad którą czarny flamaster wypisał menu.

Otwarci dopiero czwarty dzień, a już takie zainteresowanie. Widać, że wieść niesie się błyskawicznie. Zaraz na wolne miejsca trzeba będzie długo czekać. Na razie bistro działa od popołudnia, szef kuchni (Adam Leszczyński) ma w przyszłym tygodniu wrócić z Francji i wtedy będzie otwarte wcześniej. Już dzisiaj ludzie pytają czy można przyjść na lunch.

Nie wiem czy wypada po tym coś jeszcze dodać. Chyba jedynie tyle, że całe to kulinarne zamieszanie ma adres kamienicy, obok której mieszkam. Ale zupełnie nie dlatego będę ich stałą klientką. Nie mają jeszcze koncesji ani terminala ale serwują naprawdę rewelacyjne jedzenie!

* wszystkie dania poniżej 30PLN!

Adres:

Kaskrut

Ul. Poznańska 5

„We decided to start our activity by opening from 17h to 23h”

La Cantine du Troquet

29 cze

A: o 9:00 rano wylądował wczoraj w Paryżu. Potrzebowałam tego wylądowania bardziej niż kiedykolwiek. 2 godziny zajęła droga z lotniska do centrum. Uważam, że to miasto, specjalnie zostało zaplanowane tak, żeby nikomu nie przychodziło do głowy, poruszać się po nim samochodem.  Nie ma znaczenia skąd dokąd chce się dojechać, po pierwszych kilku minutach zawsze żałuję, że nie wzięłam metra.

3 przystanki metrem od domu mam jeden z tych adresów, do których warto przyjść „ot tak” , żeby coś zjeść w ciągu dnia. Po prostu, małe wnętrze z wyborem kilku tradycyjnych francuskich dań. Ujmuje mnie w nim zawsze prostota i estetyka. Drewniany stół z puszką oliwy, talerzami i koszykiem pieczywa, bez żadnych ingerencji, wygląda fotogenicznie. Zwyczajne dania. Kieliszek wina.

Przesadą byłoby się rozpisywać o szczególnym klimacie tego miejsca. Nie. Zwyczajni ludzie przy stolikach obok, na talerzu tuńczyk z kuleczkami zielonego groszku i tapenade, na dania główne małe kiełbaski (saucisses basques) na puree i kotlet schabowy (cotelette de porc) z frytkami ze świeżych ziemniaków.

To było dokładnie to, na co miałam wczoraj ochotę. I chociaż telefon cały czas dzwonił jak opętany, kiełbaski z czerwonym winem, chociaż na chwile pozwalają złapać dystans. Taki dystans jest czasem bardzo ważny. Lubię prostą La Cantine i jedzenie „ot tak” w ciągu dnia.

Adres:

Restaurant La Cantine du Troquet
101, rue de l’Ouest
Paris (75014)
MÉTRO : Gaîté, Pernéty & Plaisance
TÉL : +33 1 45 40 04 98

 

Matias powinien być prawiczkiem

14 cze

A: Jechać na Gagarina jest zupełnie nie po drodze. Kilka dni temu pomyślałam,  żeby jednak odwiedzić Sowę i jego przyjaciół. Bez  większego przygotowania i szczególnej okazji pojechaliśmy, żeby zobaczyć co w trawie piszczy. Wejście zupełnie nie wielkomiejskie. Przy stolikach siedzący w większości mężczyźni, którzy kończyli swój dzień businessową kolacją i wieczornym winem.

Kelnerzy, zajęli się nami, bardzo profesjonalnie już od pierwszych zamówień. Przystawki, dania, woda i wino. Pieczywo  z oliwą, podane na początku, było zapowiedzią dobrej kuchni. Kolejne pozycje tylko podnosiły poprzeczkę. Świetny bisque ze skorupiaków z krewetkami królewskimi i marynowanym mięsem kraba z Alaski (37zł), wybitny matias z racuszkami ziemniaczanymi, kwaśną śmietaną i czerwonym kawiorem (36zł), a na drugie carpaccio z tuńczyka i pierogi z mięsem z kaczki (38zł). Zapytałam oczywiście od razu, co sprawia, że śledź jest tak pyszny. Sekretem, powiedział kelner, jest fakt, że matias musi być prawiczkiem :-)

Wszystko bardzo dobre, delikatne i z fantazją. Okazuje się, że czasami dobrze jest iść zupełnie bez żadnych oczekiwań. Tym razem nie przeszkadzało mi, że atmosfery, jako takiej, nie ma prawie w ogóle. Déco jest poprawne, zyskuje profesjonalną piwniczką na wina. Wybór win, szeroki i można kupić na wynos.

Kuchnia, trzeba przyznać jest bardzo dobra. I chociaż trzeba przyznać, jest drogo, raz na jakiś czas, warto jest zjechać w dół i zatrzymać się na matiasa prawiczka.

Adres:

Sowa & Przyjaciele

ul.Gagarina 2

tel.: 22 840 70 71

http://www.sowaiprzyjaciele.pl

Hala i Koszyki

20 kwi

B:  Marchewki, selery, rukola, oliwki , suszone pomidory, sery, awokado, truskawki, arbuzy ,wołowina, ryba, wino, kwiaty  – jestem w niebie, które zwie się Koszyki. Pierwsze zakupy w Koszykach zajmują mi prawie trzy godziny. Rozmowa o steku idealnie wysmażonym – 15 min,  dyskusja o tym jak zarobić na sprzedaży marchewki – kolejne 15. Czy kupić tartę z solą czy cukrem ?- minut 20. Degustacja awokado kolejne 10 minut. Pan od czekolady mówił tak cicho, że nie miałam serca go długo męczyć, ale czekoladę kupiłam – pyszna. Stoisko z oliwkami to nie wyjęte 40 minut. Właściciela zamknęła bowiem swoją małą knajpko – sklep na Saskiej Kępie i przeżywa drugą młodość właśnie w Koszykach.

W trakcie zakupów popijam Koszykowy sok z pomarańczy. Tak pysznego nie piłam od czasu kiedy byłam w ciąży i przeżywałam pomarańczową obsesję.

Na koniec kwiaty, które trochę mnie przytłoczyły cenowo, ale nikt mi nie powie, że tulipany kupione na zwykłym straganie pachną tak samo jak tulipany Marty Gessler.

Dzisiaj idziemy do Koszyków wieczorem więc CDN…

A: Wielka hala targowa przy Plaza Mayor w Madrycie, La Boqueria w Barcelonie, Marche d’Aligre w Paryżu. Te adresy hipnotyzują wszystkich, którzy szukają smaków, świerzych produktów i atmosfery. Tam, dostaje się to wszystko. Tam czas na chwilę staje. Kupione dopiero co warzywa, wkłada się do wiklinowych koszy, kwiaty w kolorowym papierze, trzyma się na przedramieniu. Przed, w trakcie lub po zakupach jest moment, żeby się zatrzymać przy jednym z handlarzy, zjeść coś i napić się wina. Czasami trudno powiedzieć czy bardziej przychodzi się na zakupy czy zjeść coś małego przy barze.

Ilekroć byłam w którymś z tych miejsc, zastanawiałam się, kiedy wreszcie będziemy mieli taką hale w Warszawie.

Nareszcie! Secesyjna, piękna, historyczna hala targowa przy Koszykowej dostła nowe życie. Od kilku dni wewnątrz jednej z bram działa bar i bazar. Na parterze i na piętrze jest bazar. Można dostać produkty świeże, rodzinne i w większości bez koserwantów. Mięsa, warzywa, owoce, ciasta, kiełbasy, kiszki, świeże soki, oliwki i wina z Sycylii. Nareszcie spory wybór mięs: jagnięcina, wieprzowina, wołowina.

Od dziś można zjeść boeuf bourguignon, camembert z tymiankiem i syropem klonowym, ser z granatem lub jedną z sałat (rukiew wodna z ziołami lub komosa i bób).

To dopiero tydzień, a już ponad 3 000fanów mają Koszyki na facebooku. Niewiarygodne, jak bardzo brakowało w Warszawie takiego miejsca!

Nowi dostawcy dopytują czy jeszcze mogą dołączyć, więc produktów będzie przybywać. Ale jeśli ktoś spodziewa się, że zrobi zakupy jak w Auchan, to lepiej niech pojedzie do Piaseczna.

Pomyślałyśmy, że otwarcie Koszyków, to świetny moment na reaktywację naszego bloga. Wydarzenie ważne, a dla wielu wręcz historyczne i wzruszające.

Wracamy po krótkiej przerwie! Kuchnia Na Okrągło - Koweziu w nowej, wiosennej odsłonie.

Adres:

Hala Koszyki

ul.Koszykowa 63

 

 

 

 

Wyobrażacie sobie życie bez sera?

7 lut

A: Przyjechała na parę dni moja przyjaciółka z Genewy. Najpierw miałyśmy ochotę na szpik ale zdecydowałyśmy się na coś zupełnie skrajnego czyli  kolację wege.

Nowe miejsce na Radnej. Podjeżdżając taksówką, przed kamienicą widać rozświetlone jednobarwnymi żarówkami wejście. Białe, drewniane schody prowadzą do sali z dużym stołem i otwartej kuchni. Trochę skandynawsko, trochę warzywnie i wszystko bardzo wege.

Wybrałyśmy humus, pesto z buraka, tartę z dyni i pęczetto w sosie pomidorowo-paprykowym.

Siedząc i opowiadając o tym, co się u nas wydarzyło przez ostatnie pół roku, zajadałyśmy się wszystkim co zamówiłyśmy. Do tego butelka białego biodynamicznego wina.

Boski wieczór w bieli, drewnie i z historiami z prawdziwego, trzydziestoletniego życia rozrzuconego po świecie.

Na koniec podeszła właścicielka o pięknej, świeżej cerze. Nie opowiadała o powstaniu miejsca, bo to podobna długa i magiczna historia. Powiedziała, tylko, że wierzy, że trzeba zaczynać od kuchni jak mawiał Sokrates.

Polubiłam VEG DELI przy Radnej, ale ze szpiku tak czy inaczej nie zrezygnuję.

ceny: 15 – 35PLN

 

Adres: VEG DELI

ul.Radna 14,

tel: 516 188 136

Le Ribouldingue

12 sty

A: Ribouldingue – jeden z trzech bohaterów kreskówki Louisa Fortona, która po raz pierwszy wyszła w 1908 roku. Dlaczego, restauracja specjalizująca się w podrobach, właśnie tak się nazywa, nie mam pojęcia. Zapytam następnym razem.

Wkręciłam się od jakiegoś czasu w podroby. Cały czas zastanawiam się, czy to, że szpik mi tak smakuje, to pochwała własnej odwagi w zjedzeniu galarety wydłubanej z wąskiej kości, czy może jednak uwielbienie do form gąbczastych? Sama nie wiem. Faktem jest, że podany na grillowanym pieczywie i posolony, smakuje mi bardzo.

Tym razem poza szpikiem, którego zamówienie było oczywiste, zdecydowaliśmy się na wymiona oraz móżdżek barani i nerki. Wszystko podane bardzo elegancko. W rogu talerza z móżdżkiem, ułożona wąska łódka sałaty, nerki jedynie lekko posypane szczypiorem. Świetne wino zaproponowane przez patronkę lokalu. Wielka baba, krzątająca się po małej, ozdobionej lustrami sali, podeszła do nas i zapytała na co się zdecydowaliśmy. Po krótkim zastanowieniu  krzyknęła do kuchni, żeby podać nam Côtes de blaye.

Menu (przystawka, danie główne, deser) 27EUR

 

Adres:

Le Ribouldingue

10 Rue Saint-Julien le Pauvre,

Tel: +33 01 46 33 98 80

Metro: Saint-Michel

Bistrot de l’Entrecôte w 17-tej dzielnicy

8 sty

A: Poszłyśmy dzisiaj z Anią na lunch koło jej domu. Jedno z ulubionych miejsc Ani i jej męża. Czerwono-czarne, zadomowione bistro. Chodzili tam już prawie w trójkę. Nina była jeszcze w brzuchu. Ręka Ani chwytała podgrzewaną rurkę drzwi wejściowych, wchodził najpierw brzuch, potem zakochani w brzuchu rodzice, a potem Sebastian zamawiał dwa kieliszki zimnego, czerwonego wina dla siebie i … za Anię. Nie mam pojęcia co to za wino, ale dzisiaj też je piłyśmy. Zamówiłam Bavette z frytkami, a Ania wielkie krewetki, których oczywiście jak tylko zostały podane, od razu jej pozazdrościłam. Niestety nie zdążyłam spróbować, bo zajęłyśmy się rozmową i Ania zjadła wszystkie sama. Na deser Ile Flottante czyli ”unosząca się wyspa”. Pierwszy raz  dostałam na talerzu tak wielką wyspę ubitego białka, a do tego pływającego w crème anglaise. Tylko mężczyźni mogą zjeść taki deser w całości! Kobietom, wyrzuty sumienia, pozwalają dotrzeć do połowy. Po prawej stronie, przy wyjściu, stoi czerwona, błyszcząca świnia. Nina, która ma już dzisiaj dwa latka, cały czas ma wątpliwości czy świnia żyje czy nie. Za każdym razem, podobno podchodzi, żeby ją pogłaskać, ale potem zaraz ucieka. Mając dwa lata, też bym miała wątpliwości skradając się do świni w kaloszach.

Menu midi (w południe): 19EUR, menu soir (wieczór): 25EUR

Adres:

Bistrot de l”Entrecôte
10, Place du Maréchal Juin,
Paris (75017)
MÉTRO : Pereire
TÉL: +33 1 46 22 01 22

PIROUETTE

6 sty

A: Drewniane wnętrze Tomy Gousset’a. Drewniana podłoga z desek, drewniany, wielki regał na wina w rogu. Czarno-szklana witryna wychodzi na jeden ze skwerów 1-ej dzielnicy. Po Boulud w Nowym Yorku, dotarł do Paryża, który odkrył go i pokochał w ubiegłym roku.

Wybieraliśmy się w to miejsce 3 razy. Najpierw grupa się powiększyła i zrobienie w ostatniej chwili dwóch dodatkowych rezerwacji nie wchodziło w grę. 2-go stycznia byli zamknięci w południe. Trzecim razem okazało się, że w okolicach 17-tej, jest za późno, żeby zająć stolik na wieczór tego samego dnia, najwcześniej na wieczór następny. Warto mimo wszystko poczekać. Do wyboru tradycyjnie przystawka, danie główne i deser. Z czarnej tablicy opartej na podłodze o bar, wybraliśmy grzyby i jajko gotowane w poszewce zamoczone w musie z ciepłych karczochów i posiekaną kaczkę z marynowaną rzepą. Na dania główne grasicę i gołębia. Deser jeden – baba à la mangue, rhum.

Jajko w mojej przystawce było wspaniałe. Nacięta delikatnie poszewka z białka, pozwoliła połączyć żółtko jajka z lekko zielonym musem. Kaczka z rzepą też bardzo wyrafinowana, proste połączenie właściwych składników we właściwych proporcjach.

Rozmawialiśmy jedząc to wszystko, jak czasami trudno jest znaleźć porównanie, żeby opisywać smak, który się właśnie doznaje. Grasica – niezwykle delikatna i subtelna, w konsystencji przypomina trochę gąbkę do kwiatów. Nigdy oczywiście takiej gąbki nie jadłam, ale jeśli szukać jakiegoś porównania, to to wydało mi najbliższe. Lubię zamawiać grasicę. Uważam, że jedzenie gruczołu jest sexi.

Menu wieczorne 38EUR, w porze lunchu 18EUR.

Adres:

Restaurant Pirouette
5, rue Mondétour
Paris (75001)
MÉTRO : Etienne Marcel, Les Halles & Châtelet
TÉL : +33 1 40 26 47 81